Tak napisałam kilka tygodni po diagnozie, na pierwotnym blogu, poświęconemu trochę innej tematyce:
Jestem, jestem nadal tu jestem. Choć czasem mniej niż bardziej. Jestem
gdzieś pomiędzy poranną mocną kawą, niewypowiedzianym lękiem,
nieukojonym płaczem, siłą lwicy, czasem gdzieś razem z tą myszą pod
miotłą, nieprzespaną nocą. Gdzieś dalej niż byłam, gdzieś bliżej niż
chciałabym być. Wszystko zaczęło się od braku uśmiechu. Zwyczajnie przestała się do mnie uśmiechać, Jej oczka gdzieś błądziły, nie było Jej ze mną, była gdzieś indziej, w swoim słodkim świecie. Potem była lawina: dużo piła, dużo siusiała, nie miała sił, dużo spała, karetka no i diagnoza : cukrzyca typu 1.
Ja wiem, że to nie koniec świata, ale wtedy świat nam się zawalił, nam rodzicom, a Sarula odżyła...taki paradoks. Była kroplówka, intensywne odwracanie spustoszenia w organizmie, wychwycone przed śpiączką. No i pompa insulinowa, która towarzyszy nam do dzisiaj. Nie chcę pielęgnować negatywnych doświadczeń, by nie dawać im siły, bo tej siły potrzebuję na działanie, dlatego pobyt w szpitalu przemilczę.
Jest dobrze. Potrafimy zaobserwować niedocukrzenia i hiperglikemię. Jesteśmy w miarę ustabilizowani z poziomem glikemii. Znam kaloryczność większości produktów jakie je Sara, potrafię ważyć posiłki oczami. Schodzimy z dawek insuliny, z czego się najbardziej cieszę.Ta moja radość i siła bywa labilna, ale uczę się pokory i wytrwałości.
Na dziś:
1. Dziękuję lekarzom za uratowanie życia mojemu dziecku, ale nie godzę się na hodowanie sobie pacjenta do końca życia.
2. Dziękuję Bogu za postawienie na mojej drodze PRAWDZIWYCH lekarzy i terapeutów.
3. Mam przyjaciół.
4. Chyba siebie lubię, swoją wątrobę na pewno, bo pozwalam sobie na płacz.
5. Zrobię wszystko dla mojego dziecka.
6. NIC nie dzieje się bez przyczyny.
7. Mniej rozpamiętuję, więcej działam.
8. Mogę nie spać od dwóch lat ( wcześniej Sarunia nie przesypiała nocy, teraz śpi jak suseł, ja wstaję max co 2 godz. na pomiar glikemii, albo nie umiem zasnąć i uciszyć myśli.
9. Czytam, mnóstwo czytam, wertuję, studiuję badania, doświadczenia, szukam, błądzę, znajduję.
10. Jestem bardziej otwarta.
11. Nie ma chorób nieuleczalnych, NIE MA i ja to WIEM a nie myślę, że nie ma!
Minęło już 9 miesięcy od diagnozy: cukrzyca typu 1.
W tym owocnym, choć trudnym dla nas czasie podjęliśmy liczne terapie w celu remisji. Jestem zwolenniczką medycyny niekonwencjonalnej.
Osobiście doświadczyłam jej działania, wtedy, gdy medycyna akademicka rozkładała ręce i dawała ostateczne diagnozy, które absolutnie się nie sprawdziły.
Kształciłam się w jej kierunku, przeszłam liczne kursy i szkolenia, sama jestem terapeutą. Wiem, że nie ma chorób nieuleczalnych.
Trudność polega na tym, że te choroby, tzw. cywilizacyjne, nasilone w obecnych czasach ( m. in. alergie, astmy ) nie mają jednej przyczyny. Magiczne pigułki,
do których przywykliśmy nie zadziałają. Nie leczymy objawów - bólu czy wysypki - leczymy przyczynę. Dlatego cały proces remisji jest rozciągnięty w czasie.
Wymaga terapii nie tylko córki, ale i całej rodziny. W szczególności mnie. Jako matka mam ten przywilej bycia połączoną emocjonalnie, energetycznie z moją córką.
Daliśmy Jej nie tylko swoje geny, ale również swoje programy, przekazane nam przez rodziców. Niektóre z nich są destrukcyjne. Absolutnie nie winię nikogo.
Wynikają one z naszych przeżyć, doświadczeń, myśli, odczuć sytuacji, a biologia zrobiła już swoje.
Wejście wgłąb siebie, praca nad sobą, która czasem nie jest przyjemna (tyyyle syfuuu i odkryć), brak możliwości pełnej regeneracji połączonej z całodobową opieką
nad Cukiereczkiem ( obsługa cukrzycy, odpowiednia dieta, terapie ) daje się czasem we znaki i przerasta, ale DAMY RADE :)
Foto z pobytu ze szpitala, Smyki zrobiły sobie kryjówkę pod Sary łóżkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz